piątek, 17 października 2014

Zawsze w październiku wracam do wstążek

i chociaż w międzyczasie coś tam zrobiłam, to dopiero teraz sprawia mi to prawdziwą frajdę. Mnóstwo pomysłów chodzi gdzieś tam po głowie, teraz tylko usiąść i robić.
    Zdjęć będzie sporo, ponieważ chcę Wam pokazać jak bawiłam się kolorem. Staram się go nie nadużywać, bo cały czas powtarzam, że wstążka sama w sobie jest słodka, dodawać jej słodyczy, to tak, jakby ją kaleczyć. Chcę być przykładem, że wstążkę da się ogarnąć, że można z nią zrobić prawie wszystko, ale bardzo łatwo można osiągnąć kicz. Nie mówię, że mi się to nie zdarza, ale pracuję nad tym ładnych kilka lat i staram się unikać błędów. Nie może być podkładem materiał śliski, świecący, bo wstążka jest właśnie taka i w zetknięciu się ze sobą powoduje, że bolą oczy. Trzeba też uważać na dobór kolorów, ale to już rzecz smaku i gustu.
     Nawymądrzałam się trochę, ale wstążka to moja miłość, moja pasja, a uwagi i spostrzeżenia nabyte w ciągu lat  naprawdę warto zastosować. Może komuś pomogą inaczej spojrzeć na haft wstążeczkowy i uniknąć błędów.
   Dzisiaj moja jesień. Jesień, która w tym roku zupełnie mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, bardzo łaskawie na nią spoglądam.





          A ten kocyk pod Plamką, to mój kubraczek, który Plamka w bezczelny sposób przejęła.

wtorek, 14 października 2014

Dzisiaj zapraszam tylko kociary

bo dla pozostałych będą nudy. Powstała podusia z Plamką dla Stasia. Innego motywu być nie mogło, wiadomo. To nie była zaplanowana praca, ale obracałam się dzisiaj w temacie transferów i szycia, i tak się potoczyło. Były też inne prace, ale o nich za jakiś czas, aż dotrą tam gdzie trzeba.



                                      Siłą rozpędu jeszcze zakładka, wiadomo, z  Plamką.

                                                            I woreczek do orzechów.


poniedziałek, 13 października 2014

Z dystansem i z humorem

    Tytuł asekuracyjny, bo za chwilę musiałabym się  tłumaczyć. Temat, jakby nie patrzeć, dziwny. Zresztą czy to tłumaczenie wiele by dało? Sama nie wiem. Znalazłam niedawno w necie cudną grafikę (pojęcie względne) i nie bardzo wiedziałam jak i do czego ją zastosować. Mleka nią nie udekoruję, a do niczego więcej mi nie pasowała. Tak mnie zauroczyła, że  nie mogłam spokojnie usiedzieć. I nagle olśnienie! A co, kawki z mlekiem nie ma?!  I już był słoik, a za chwilę następne, bo inne grafiki znalazły się przy okazji.


     Nie mogłam więcej tych piękności wykorzystać na słoiku, więc powstała zakładka do książki. Prawda, że buzia sama się uśmiecha?
    I żeby nie było, że coś się ze mną nie zgadza, to powstała taka prawdziwa, normalna zakładka, bo i grafika jak najbardziej tu odpowiednia.
                      Plameczka bardzo chciała się dzisiaj pokazać, nie mogłam jej odmówić.



wtorek, 7 października 2014

Wszystkiego po trochu

Zacznę od najważniejszej informacji, ponieważ obiecałam, że za jakiś czas napiszę, co u Mikołaja. Czekaliśmy na wrzesień, bo wtedy były badania i ocena tego, co jest na dzień dzisiejszy. Dostałam maila od mamy Mikołaja, którego za jej zgodą zamieszczam:
"Dzięki, wszystko ok. ;) Doktor w poradni powiedziała, że wszystko dobrze, dała skierowania na następne badania i do zobaczenia w grudniu. Teraz troszkę jeździmy - optometrysta: też jest lepiej, bo gałkom ocznym zachciało się odrobinkę mocniej ruszać; niestety doszły okulary, ale to przecież nic strasznego; Miki wybrał sobie takie super oprawki i jest jak na razie zadowolony ;) urolog: nadal na lekach, ale pęcherz też zaczął trochę lepiej pracować także pozytywnie; przed nami foniatra,
neuropsycholog i poradnia immunologiczna; cieszę się, bo udało się załatwić logopedę w poradni co 2 tygodnie, a to jest bardzo Mikuchowi potrzebne; ostatnio złapało go małe przeziębionko, ale obyło się bez antybiotyku; w październiku kolejne szczepienie, to go, mam nadzieję, uchroni przed infekcjami;

To tyle, czasami mam już dosyć tego jeżdżenia, ale szybko mi przechodzi, kiedy sobie pomyślę ile szczęścia mamy... Dociera do mnie tyle złych informacji od znajomych ze szpitala z naszego oddziału, że najpierw sobie popłaczę, a potem zagryzam zęby i cieszę się z tego, co mamy..."

    Ja też się bardzo cieszę, bo do tej pory otrzymuję wiele maili z pytaniami o zdrowie Mikołaja.

    A u mnie nadal robótkowo. Na pierwszy ogień wianek żołędziowy, do tego trochę szyszek, buczyny i jest.

               Tu jeszcze w trakcie pracy.


    Słoików miałam już nie pokazywać, no bo ile można, ale dostałam od mamy suszone zioła i nie chciałam ich pakować do woreczków, więc wymyśliłam takie słoiczki. 
     P.S. Aniu, pamiętam o mięcie, tylko słoiczek miętowy muszę przygotować!


          I na koniec  moje ulubione zajęcie.


          A w październiku z kart kalendarza będzie nas budził swoim uśmiechem wnusio Staś.
      Tak więc dzisiejszy post to moja  jesień w przekroju.

środa, 1 października 2014

Coraz częściej

pytacie mnie o transfery i  o postarzanie płótna. Wielokrotnie pisałam już o tym i nic w zasadzie nowego nie wymyśliłam. Jedynie co fajnie mi ostatnio wychodzi, to łączenie kilku transferów na jednym kawałku. Myślę, że ciekawiej to wygląda i daje dużo możliwości różnych kombinacji. Ostatnie moje słoiki już dawno wybyły, mało tego, musiałam opróżniać swoje, żeby obdarować chętnych. Posiedziałam więc dzisiaj, żeby był mały zapasik, a kombinacje wyglądają tak:
          Tu nałożyłam na płótno cztery transfery
         tu też kombinacja trzech transferów.
A te już znacie:
    Zamierzam słoiki odstawić na półkę do letniej kuchni i trochę poszyć, bo jak się obiecało, to trzeba się zabrać do pracy

poniedziałek, 29 września 2014

To nie na złość jesieni

    A skądże! Za oknem cudne słońce, można spokojnie popracować na tarasie, nacieszyć się piękną pogodą. A dlaczego przebiśniegi?  E, to tak zwykle u mnie bywa -  potrzeba chwili. Płótno już dawno przygotowane, wymalowane i pierwsza myśl, że to będą przebiśniegi. Wiem, do wiosny daleko, ale gdyby co, albo przyszłaby zbyt wcześnie, to ja już jestem przygotowana.


     Wczoraj z lasu naprzynosiłam żołędzi na nowy wianek, dzisiaj trzeba jeszcze trochę nazbierać, bo marzy mi się taki żołędziowy.
    Przed chwilą zauważyłam, że mój wiszący rozmaryn piękne zakwitł, to pewnie w podzięce za to, że go nie obcięłam.
             A moja kolekcja wzbogaciła się o kolejne magnesiki. Marylko, jak zwykle, dziękuję!

środa, 24 września 2014

Zabawy z jutą ciąg dalszy

Zawsze w samochodzie leży sobie parasol na w razie czego, a ostatnio mąż zauważył, że trzeba go wymienić, bo coś się zepsuło.  I zaraz  światełko się zapaliło, główka zaczęła pracować. A jak już się zapali to grzeje, oj grzeje, aż zabawa się skończy. Tak też powstała kolejna tarasowa ozdoba. Z juty, a jakże.


Mąż martwi się, że to światełko zapala się bardzo często i zaraz pyta czy już się bać? Tak mi się porobiło, że każdą  bezużyteczną rzecz  przerabiałabym na swoje kopyto, a jak nie mam pomysłu od razu, to musi swoje odleżeć i poczekać na lepsze czasy. Powiedzcie, że też tak macie, może zrobi mi się lżej na duszy? Czy może trzeba już to leczyć?
Jesień już przywędrowała, a w nocy nawet zima, ale muszę ją polubić chociażby za to, że Plamka wprowadza się coraz częściej do domu i codziennie przybywają jakieś dary jesieni.