do pracowni letniej, żeby odreagować i wyładować złą energię. Dzisiaj rano mojego psa, który jak co dzień, był z panem na spacerze, zaatakowały dwa psy. Mój pies zawsze jest na smyczy, więc i mąż ucierpiał. Pies miał wyrwaną - dosłownie - skórę na głowie i trzeba było jak najszybciej do weterynarza. Wszędzie było pełno krwi. Ponieważ stało się to tuż przy domu, to słyszałam ten skowyt psów i wybiegłam z domu. Widok straszny i do tej pory nie mogę się otrząsnąć. Jest mi szalenie smutno, bo po pierwsze, pies niepotrzebnie cierpi, po drugie, to były z natury łagodne psy: labrador i retriver, po trzecie zastanawia mnie gdzie są właściciele tych psów, bo nie psy w tej chwili winię.
Przykro mi, bo piesek leży przy mnie i kiedy patrzę na niego, to łzy same ciekną i cała trzęsę się ze złości.
A w pracowni powstały nowe transferki i wychodziły wzorcowo. Pewnie na poprawę nastroju.
Nowa kolekcja słoików też gotowa, bo nie było już ani jednego.
Kilka dni temu od Kochanej
Duśki dostałam prawdziwą wiosnę. Motyle i kurki rozgościły się w moim domu, a jajeczka będą w wielkanocnym koszyku.
I od
Dorki przyszła paczuszka ze ślicznymi haftami. Torba z kotkiem już w użyciu, bo obszerna i bardzo poręczna, a pozostałe hafty wkrótce wykorzystam.
Bardzo, bardzo dziękuję.